Kanapki
styczeń 11, 2008
Dziś rano odprowadziłem I. na pociąg… I pisząc rano mam na myśli takie rzeczywiste rano, takie rano przy którym zakonnicy zbierają się w kościele na modlitwach porannych wezwaniu i jutrzni. Nawet jej zrobiłem kanapki. Z dwóch powodów, ale to nie jest ważne…
I dziś moja próżność została połechtana przez osobę trzecią, która wyraziła podziw dla mojej osoby i dla mojego poświęcenia. Ale taki już jestem – gotów zrobić czasami rzeczy niemożliwe dla kochanej osoby i wcale nie czuje się z tym źle, zwłaszcza że to pragnienie wypływa z mojego serca, a nie z niszczącego poczucia zobowiązania (nie piszę celowo obowiązku, gdyż nie należy mylić te pojęcia, chociaż je dzieli mała, aczkolwiek bardzo istotna granica.)!
A co zrobiłem? W sumie nic, tylko kanapki i wstałem rano o niechrześcijańskiej porze. Ale bardzo się cieszę… zwłaszcza dlatego , że widziałem Izę szczęśliwą w tramwaju… i w pociągu. Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł pomóc jej dowartościować się i “inaczej” prowadzić życie! A zrobienie kanapek to żadna sztuka, mam nadzieję, że Jej smakowały!
styczeń 19, 2008 at 8:36
czasami mysle ze mnie juz tak nikt nie pokocha:P
styczeń 20, 2008 at 2:12
E tam
tylko kanapki
A Ciebie… możesz pokochać Ty sama
no nie?